5.03.2011

Analogowo III.

Zupełnie przypadkowa środa. W powietrzu było czuć wolne kroki zbliżającej się wiosny. W torbie aparat. Do uszu dobiegają dźwięki z ulubionych lekkich kawałków (np. Massive Attack "Joy Luck Club"). A pod spodniami kalesony, bo było cholernie zimno.

Tego dnia umówione spotkanie z Łosiem. Kręciliśmy się trochę po centrum. Opowiedział mi troszkę o swoim planie, który zaczyna realizować - tak przy okazji trzymajcie kciuki. Do tego wszystkiego dorzuciliśmy załatwienie kilku papierów w jakimś urzędzie. 

Tłem spotkania było robienie zdjęć. Poniżej macie efekty z kliszy numer trzy, a na samym końcu mała zagadka.




Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket
 Photobucket Photobucket Photobucket
Photobucket Photobucket

Co jest dziwnego na jednym ze zdjęć? 


27.02.2011

Analogowo II.

Kolejna klisza skończona i zeskanowana. Spośród 24 zdjęć publikuję 15. Można powiedzieć, że jest to postęp w porównaniu do wcześniejszych 13.

Tym razem robiłem na kliszy Kodaka o czułości 200. Jak patrze na te fotki to odnoszę wrażenie, że film był przeterminowany. Nawet jeśli, to jestem zadowolony z efektu końcowego. 

Zdjęcia jak zwykle ze spacerowania po mieście. 

Jeszcze tak od siebie dodam. Nigdy więcej na mrozie -16 nie zabiorę się za wymianę rolki. Myślałem, że mi dłonie odpadną.



Photobucket Photobucket Photobucket
 Photobucket Photobucket 
Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

11.01.2011

Neverending Saxo story.

Mały, zielony, francuski...na gaz. Tak w skrócie można opisać auto Pichala. Dodając: fajnie się nim jeździ, żywy trup - uzyskamy pełen obraz tego auta. Jeszcze można zaznaczyć, że w tej całej milej dla oka zieleni obraz psują białe drzwi kierowcy i połamany przedni zderzak z elementami różu nie wiadomo skąd.

Przygody - to drugie imię tego auta. Dla mnie zaczęło się prawie rok temu tuż przed wypadem do Pisarzowej. Pichcio chciał zawrócić na oblodzonej drodze. Pech chciał, że w zaspie był schowany klomb, a nasz kierowca miał w pełni otwarte okno. Wynik? Zbita szyba, urwany zderzak, pogięte drzwi oraz wyjazd pod znakiem zapytania. 

Na szczęście dzielny i uparty Kondzio (z moją małą pomocą) metodami chałupniczymi doprowadził auto do stanu "może wrócimy". Do jakich metod uciekł się nieustraszony P? Ano mianowicie do tych najbardziej trywialnych. Najpierw kawał plastiku z masą taśmy klejącej, żeby jakoś zastąpić szybę. Potem pierdyliard trytytek i dziur w zderzaku, aby nie odpadł w drodze. Na sam koniec trochę taśmy "makgajwerki" w miejscach niewidocznych dla oka. I tak oto voila! auto gotowe do drogi. Oczywiście auto bez największych problemów obróciło w te i spowrotem. 

Po powrocie z gór P zorganizował na szrocie piękne białe drzwi, które idealnie oddają charakter tego auta po dziś dzień. 

Jakże bezczelne z mojej strony by było stwierdzenie w takim momencie "to by było na tyle, nara". Dlatego też z racji, iż grzeczny ze mnie facet będę kontynuować. 

Od pamiętnego wypadu w góry Saxo prawie rok śmigało bez żadnych niespodzianek. Aż tu pewnego razu w okolicach wakacji BOOOM! Kondziowi przy okolicach setki kilometrów na godzinę otworzyła się maska. Efekt? Nasz niezrównany kierowca musiał kołować na szrocie nową szybę przednią. Dla jasności maska została ze wszystkimi szkodami. Nowym elementem stał się łańcuch jak dla krowy, który ma zapobiec kolejnym takim przygodom. Jeszcze dodam od siebie, że na tak pogiętej masce można bez obaw testować wszelkiego rodzaju przejawy głupoty typu "udajemy hollywoodzkie filmy akcji".

Zbliżając się ku końcowi tej historii opowiem co mi się przytrafiło z tym samochodem na przestrzeni ostatniego tygodnia. Zaczęło się w środę od misji K.Z.O.M.I.F a.k.a "Kpt. Ząbek Odbiera Majaka z Imprezy Firmowej". Kurs koło 40 km w jedną stronę miałem wykonać moją Alfą. Niestety koszty benzyny, które ostatnio panują jak i paliwożerność mojego kochanego auta pchnęły mnie w ramiona Kondzia, a raczej w stronę jego kluczyków i dokumentów od Saxo. Zadowolony, że oszczędzimy na paliwie ruszyłem. W drodze powrotnej okazało się, iż dostaliśmy błędne wyliczenia odnośnie zasobów gazu. Jak na złość auto stanęło nam na wysokości stacji benzynowej, która znajdowała się po drugiej stronie trasy. Zepsuta pompa paliwa i brak bliskiego zjazdu na stację wywołały u mnie i mojego kompana Majaka lekkiego wkurwa. Po kilkunastu minutach łażenia na mrozie i kombinowania "co dalej" mały zielony francuz o dziwo odpalił. Szybkie myślenie i odjechaliśmy w kierunku najbliższej możliwej stacji z LPG. Radość była krótka. Kilometr przed stacją auto padło na amen, a nam pozostało wielbione przez wszystkich kierowców pchanie. Początek był łatwy, bo z górki. Potem prawie jak u Syzyfa pod górę, żeby wyjść na prostą. Nie mam pojęcia ile nam się zeszło - najważniejsze, że się udało.

A teraz ostatnia część mej opowieści o małym zielonym trupie z Francji. Wczoraj zakończył się żywot linki sprzęgła w tym szatańskim pudle zasilanym LPG. Co mi do tego? To, że moja jakże genialna Alfa Romeo 155 1.8 T.Spark w pięknej czerwieni ruszyła na pomoc Saxonowi. Wpierw zgarnąłem Majaka, potem Pichala, zaś na końcu odnaleźliśmy Cytrynę. Szybko złączyliśmy pojazdy. Teraz tworzyły duet niczym Carla Bruni i Nicolas Sarkozy na wersalskich salonach. 

Na zakończenie powiem, że Saxo bez większych problemów zostało zaholowane do swojego garażu. Konradowi w magiczny sposób udało się wyleczyć linkę. A Wy moi drodzy czytelnicy możecie czekać na następne wybryki tego wesołego autka.

P.S
Na deser zarzucę jakimś fotosem z szuflady.
Photobucket


6.12.2010

Analogowo.

Wszystko zaczęło się od ojca, który chciał mnie i siostrę zarazić swoją pasją. Jak widać udało mu się. Po dziś dzień robię zdjęcia. W sumie jest to jedno z moich ulubionych zajęć. A kiedy mogę wczuwać się w robienie zdjęć i przy tym posłuchać ulubionej muzyki - kompletnie tracę poczucie czasu.

Od dłuższego czasu marzyło mi się bliskie spotkanie z analogowym aparatem. W końcu udało się. W domu od wielu lat czekał na mnie Canon Ae-1. Niestety z powodu braku działającej optyki nie miałem jak się zabrać do sprawy. Na szczęście z pomocą przyszedł Jarosz i ostatnio pożyczył mi obiektyw do tego cuda. Parametry szkła to 50 mm o świetle 1.4 - muszę przyznać, że jest ono bardzo zacne. Dodatkowo dostałem od Jarosza kliszę o dość wysokiej czułości 400.

Ostatni raz zdjęcia analogiem robiłem co najmniej 10 lat temu. Wtedy miałem znikome pojęcie o robieniu zdjęć - nawet nie wiedziałem, że złapię bakcyla. Teraz z jako takim doświadczeniem i paroma tysiącami zdjęć zrobionymi cyfrówką postanowiłem przenieść się w przeszłość. Teraz mogę tylko powiedzieć: "żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej". 

Drodzy państwo, a teraz pora na efekty! 




Photobucket Photobucket Photobucket 
Photobucket Photobucket Photobucket
Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket
 Photobucket Photobucket Photobucket

6.11.2010

Pojedynek.

Komunikacja miejska. Tani środek transportu, który każdego dnia zaskakuje. Raz będzie to nowy autobus, innym razem jakaś dziwna przygoda, a wszystko to wymieszane z przeróżnymi ludźmi. Jak sobie radzić z taką mieszanką wybuchową? Każdy ma na to inny sposób. Dla mnie niezbędna jest muzyka - bez niej oszalałbym po jednym dniu.

Dlaczego akurat zebrało mi się na taki temat? Przez ostatni rok spokojnie przeżywałem każdą podróż. Autobusy zawsze były na czas. Muzyka mnie odcinała od reszty, zaś wspólne podróże z Majakiem dawały nam dużo śmiechu. 

Oczywistą oczywistością jest fakt, że nic nie trwa wiecznie. I tak w ostatni wtorek zaczęło się. Wyszedłem na przystanek 701. Jedyne co mogłem zrobić na widok odjeżdżającego pojazdu to zakląć cicho pod nosem. Najwyraźniej panu kierowcy się spieszyło, bo przyjechał co najmniej minute za wcześnie. No cóż moja strata. Szybko przeanalizowałem sytuacje i ruszyłem na krótki spacer do innej linii autobusowej (znanej współwieśniakom jako Ł). Kto by pomyślał, że o 6:30 będzie taki korek na wylocie z Łomianek. Na pewno nie ja. W ten oto sposób na Marymont zamiast jechać góra dwadzieścia minut dotarłem po godzinie. Cały ten czas spożytkowałem na obmyślaniu najkrótszej drogi do pracy. Padło na przejazd Grotem do Żerania. Wsiadłem w pierwszy lepszy autobus. Niestety brak "kobiecej" intuicji znów dał się we znaki. Zamiast wysiąść przy pożądanym węźle komunikacyjnym, wywiozłem się gdzieś na Białołękę - zaprzepaściłem szansę na uniknięcie spóźnienia do roboty.

Następnego dnia stwierdziłem, że to ja wydymam kierowce. Wyszedłem z pięciominutowym zapasem. Ten jakże chytry plan zakończył się fiaskiem. Kierowca wydymał wszystkich i najzwyklej w świecie nie przyjechał. Zniechęcony perypetiami dnia poprzedniego poczekałem spokojnie na następne 701 i z pokorą spóźniłem się do roboty. Reakcje ludzi na takie sytuacje są przeróżne. Wielu było wkurzonych, inni to olali, a garstka osób wraz ze mną będzie się z tego śmiać. 

Na sam koniec kilka twarzy spotkanych w 701. 


darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Photobucket

28.10.2010

Domena.

Blog w końcu zdobył swoją domenę. Teraz można mnie znaleźć pod adresem www.diapre.pl i to by było na tyle, ponieważ mam wielką pustkę w głowie i nie wiem co napisać/pokazać.


Dobranoc.

27.10.2010

Siostra.

Jest pewien organizm biologiczny spokrewniony ze mną w stu procentach. Jak wywnioskowałem z obserwacji, które prowadzę od urodzenia ten organizm to siostra i jest płci żeńskiej. Świadczą o tym ubrania, kosmetyki (których faceci nie używają) oraz dziwne zaokrąglenia na ciele. Do tego muszę jeszcze zaliczyć dziwne dolegliwości psycho-fizyczne trafiające się raz w miesiącu. Tak to wygląda z punktu widzenia obserwatora.

Z braterskiego punktu widzenia wygląda to tak. Najpierw byłem traktowany jak duża żywa lalka. Zajawka na opiekowanie się, przebieranie mnie w różne dziwne ciuszki oraz nadawanie wszelkich fajnych przezwisk zaliczam do pierwszego etapu kiedy to ja mam lat 0-6, a ona 6-12. Następnie był okres wstydu, który upłynął pod hasłem "Mamo powiedz mu, żeby do mnie nie przychodził jak są moje koleżanki". Oczywiście frazy związane z przepędzaniem mnie były różnorakie, ale ta chyba najlepiej opisuje sytuację. Ten dziwny etap trwał do pewnego momentu. Siostra odkryła, że młodszy brat nie jest zły i można z nim miło spędzić czas przy swoich znajomych. Od tej chwili zaczęło się prawdziwe życie. Wspólne imprezy, pilnowanie co by jedno lub drugie nie spiło się za bardzo. W najgorszym przypadku doprowadzenie tego bardziej pijanego do łóżka. Oczywiście oprócz wspólnych imprez były też wspólne wakacje. Z biegiem czasu pojawiły się wspólne zajawki. Jedną z nich jest fotografia, a następną dobra zabawa na parkiecie.

Jak to bywa u ludzi tworzących relacje damsko-męskie zwane rodzeństwem mamy swoje wzloty i upadki. Spokojne rozmowy przeradzające się w krwawe kłótnie i na odwrót to normalka. Uprzejmość, wzajemne wyzwiska, wspólny śmiech, współczucie, dysputa na każdy temat plus multum innych składnych zaliczam do codzienności. Z tego wszystkiego można uzyskać bardzo ciekawy efekt. A mianowicie - bez względu na wszystko zawsze staniemy za sobą murem.

Na koniec dodam, że siostra ma zwie się Katarzyna. Jest ode mnie sześć lat starsza. Dzielnie prowadzi swoją klinikę dla chorych zwierząt, a wygląda tak: